Masywne krwotoki zewnętrzne. Jedna z głównych przyczyn śmierci w wyniku urazu. Temat, który (wydawałoby się) został już przerobiony na wszelkie możliwe sposoby. Niestety, jak się okazuje krąży wokół niego wiele mitów, które zgodnie ze starą zasadą wielokrotnie powtarzane stają się prawdą. Część z nich obala artykuł w amerykańskim piśmie branżowym Journal of Emergency Medical Services. Postanowiłem wybrać kilka najciekawszych i przełożyć na bardziej praktyczny język.

Mit #1: Uciskaj ranę dłonią

Ucisk rany dłonią jest jedną z podstawowych technik tamowania krwotoków. I tutaj pojawia się problem. Często takie uciski są nieefektywne. Powodem problemu jest ucisk całej rany, a nie źródła krwawienia, czyli uszkodzonego naczynia. Uciskanie dużej powierzchni zmniejsza siłę naszego ucisku oraz jego efektywność. O wiele bardziej skuteczne jest uciskanie tylko końcami palców. Jeżeli ograniczymy obszar ucisku z 10 cm (dłoń) do 2 cm (palec), obszar ucisku zmniejsza się 25 krotnie i w takim samym stopniu zwiększa się efektywność naszych działań.

Mit #2: Jeżeli opatrunek uciskowy przecieka, to dołóż kolejny opatrunek

Jeżeli założyłeś opatrunek uciskowy, a rana wciąż krwawi to znaczy że… został źle założony opatrunek uciskowy. Ucisk nie jest skoncentrowany na uszkodzonych naczyniach czyli źródle krwawienia. Dokładanie kolejnych gaz nic nie zmieni, bo ucisk i tak jest źle przyłożony. Dodatkowo, świeże gazy działają jak gąbka i wchłaniają krew razem z czynnikami umożliwiającymi krzepnięcie krwi w uszkodzonych naczyniach. Podczas zakładania opatrunku zwróć uwagę aby docisnąć go w odpowiednim miejscu. Jeżeli mimo to krwawienie nie ustaje zastosuj ucisk na źródło krwawienia.

Opatrunki uciskowe mogą skutecznie tamować masywne krwotoki, jednak praktycznie tylko w przypadku urazów kończyn. Rany w okolicy karku, szyi, brzucha oraz pachwin są znacznie trudniejsze w opanowaniu i zaleca się stosowanie raczej bezpośredniego ucisku.

Mit #3: Opaski zaciskowe nie wymagają ćwiczeń

2

Polecana przez nas staza SOFTT

Coraz częściej do działań cywilnych przenikają stazy taktyczne. Czy jest to CAT czy SOFTT, każda z nich wymaga odpowiedniego (i systematycznego!) szkolenia. Jak pokazuje doświadczenie, osoby bez odpowiedniego doświadczenia nie dokręcają opaski zaciskowej wystarczająco mocno. Szczególnie jeżeli chodzi o zakładanie ich powyżej łokcia albo kolana. Trzeba również pamiętać, że stazy taktyczne mają ograniczoną skuteczność w miejscach gdzie tętnica chowa się między kościami (podudzie, przedramię).

Co ciekawe, w celu zwiększenia efektywności zaleca się stosować dwie opaski zaciskowe. Powyżej urazu (6-7cm) oraz na dużych partiach mięśni danej kończyny.

Mit #4: Hemostatyki nie wymagają ćwiczeń

Duża ilość osób korzystających ze środków hemostatycznych (takich które „zaklejają ranę) umieszcza je na powierzchni krwawiącej rany z przekonaniem, że doprowadził to do zatrzymania krwawienia. Żeby efektywnie wykorzystać możliwość hemostatyków (najczęściej w formie gazy, ale spotyka się jeszcze proszki) muszą one być zaaplikowane bezpośrednio do rany przy uszkodzonym naczyniu a sam krwotok skutecznie uciśnięty na przynajmniej 3 minuty. Umiejętność prawidłowego wykorzystania tych środków jest niesamowicie ważna i powinna być ćwiczona na żywym organizmie.

Mit #5: Jeżeli rana nie krwawi mocno to nie wymaga uwagi

Duża utrata krwi i szok może doprowadzić do czasowego zmniejszenia krwawienia. Może to być bardzo złudne, szczególnie w przypadku dzieci i sportowców, których organizmy potrafią dobrze kompensować utratę krwi. Prawidłowe rozpoznanie wagi urazu jest niezmiernie ważne dla przeżycia poszkodowanego. Częstym błędem jest również lekceważenie małych krwotoków tętniczych z okolic skóry głowy. Takie rany same się nie zasklepią do czasu aż nie zostaną zamknięte.

W oryginale podano 10 mitów, ja jednak wybrałem te najciekawsze z codziennej praktyki. Dla zainteresowanych całość tutaj.

Warto przeczytać:
1. Nożyczki ratownicze NAR Trauma recenzja
2. Podstawy prawne samoobrony ludzkim językiem cz. 1
3. 5 mitów na temat resuscytacji (reanimacji)
4. Resuscytator BVM – recenzja