O mały włos ten artykuł mógłby nie powstać. Byłem zwyczajnie pewien, że to „zjawisko” już nie istnieje. Kiedy zobaczyłem w jednym z szpitali ciągle wiszący na ścianie automat do sprzedaży foliowych ochraniaczy obuwia, pomyślałem że po prostu nikomu nie chciało się go zdjąć. Zjeżyłem się solidnie, kiedy pracownik administracji (sic!) szpitalnej zwrócił mi uwagę na ich brak. Gwałtowna wymiana zdań sprowokowała mnie do wniknięcia w temat. Okazało się, że ciągle są miejsca gdzie stanowisko SHL (Stowarzyszenie Higieny Lecznictwa) i zalecenia Sanepidu ma się za nic. A od odwiedzających ciągle wymaga się zakładania tych przekomicznych papciuchów.

Żeby wyjaśnić w czym rzecz trzeba cofnąć się o parę lat. W lwiej części, jeśli nie we wszystkich, polskich szpitalach pojawił się wymóg kupowania i noszenia foliowych ochraniaczy na obuwie. To alternatywne do stosowanych na całym świecie mat czyszcząco-dezynfekcyjnych. Rozwiązanie, może nie jest samo w sobie złe. JEDNORAZOWE stosowanie takich ochraniaczy w połączeniu z miejscem do dezynfekcji rąk już po ich zdjęciu, może sprawdzać się całkiem nie najgorzej w miejscach gdzie inne rozwiązania są niedostępne.

Problem jednak zaczyna się w momencie, kiedy producent do spółki z dyrekcją szpitala narzucił marżę. Tak na oko 700 %. Produkt, który wytworzenie kosztuje dosłownie parę groszy (reklamówka w sklepie 6 gr, a nie wierzę żeby to był jakiś specjalny proces technologiczny, albo inny materiał) jest sprzedawany po 2 złote.

Każdy, kto w tamtym czasie bywał w szpitalach dobrze zna ten widok. Kilkukrotnie ściągane i ponownie zakładane folie, wyświechtane, porwane i niesamowicie brudne. A widywałem i kwiatki pod postacią finezyjnie wiązanych jednorazówek albo pociętych worków na śmieci.

Nie trzeba być epidemiologiem, żeby wiedzieć że w takich warunkach nie ma mowy o jakiejkolwiek czystości. I wiecie co? Ja się nawet tym ludziom nie dziwię. Może zabrzmi to odrobinę banalnie, ale dla wielu z nich te 2 złote przy każdej wizycie to spory wydatek. Bo i z drugiej strony nie każdy musi wiedzieć, że podłoga szpitalna to jedno z najbrudniejszych miejsc jakie istnieje i nie jest świadoma zagrożenia. Bo ani instrukcji ani miejsc gdzie można by zdezynfekować ręce – brak.

Załóż kapciuszki i wszystko będzie dobrze, mówili.

Cała ta sytuacja trwała gdzieś do około 2008 roku, kiedy to jedna ze stacji telewizyjnych naświetliła problem publicznie a cała sytuacja dostała negatywną opinie ekspertów z SHL jak i Sanepidu. Choć stanowisko obu nie jest tożsame z przepisami prawa, a dyrektorzy sami mogą stanowić tego typu przepisy, to wydawało się że ich apel odniósł skutek. Szumne zapowiedzi, zrywanie kontraktów i różnego rodzaju z zapewnieniem że teraz już będzie tak jak powinno.

Sprawa przycichał i zniknęła z mojego radaru. Myślałem że choć raz rozsądek zwyciężył nad zyskiem. I właśnie wtedy doszło do konfrontacji opisanej na początku. Mamy rok 2013 a ochraniacze zaczynają powracać. Ba nawet nie wracać, one nigdy nie zniknęły. Przetrwały pod pretekstem ochrony powierzchni podłogi. Żeby chodziło jeszcze tylko o tak szczytny cel jak niedokładanie pracy i tak przeciążonemu i źle opłacanemu personelowi sprzątającemu (800 zł na umowę zlecenie – kpina).

Na dobrą sprawę ciężko wskazać winnych, NFZ kosi jak może, państwo nie daje kasy, dyrektorzy łatają budżet jak mogą, a odwiedzający w sumie powinni kapcie wyrzucać. Wszyscy wiemy jak to działa.

Choć w większości placówek ów nakaz nadal istnieje, to on jest przez większość MEDYCZNEGO personelu skwapliwie ignorowany. Nikt na całe szczęście nie chce go egzekwować. I to chyba jedna pocieszająca rzecz w tej sprawie. Ludzie myślący kategoriami zdrowia i bezpieczeństwa, wiedzący co robią w praktyce, tym razem zwyciężyli nad rządzą pieniądza.

Choć raz.

Pełen tekst oświadczenia SHL:
http://www.shl.org.pl/stanowiska/ochraniacze%20stanowisko%202009.pdf

Przypominamy o konkursie w którym można wygrać e-book „Zombie atakują, zarządzanie ryzykiem po prostu!”