Siedziałem już trzeci dzień na głodniaka. Jak się pracuje od wczesnego rana i nie ma gdzie kupić nic na śniadanie, to konsumpcja owego następuje gdzieś w granicach godziny siedemnastej.  W takich sytuacjach człowiek jest bardzo podatny na sugestię, zwłaszcza kulinarne. Brzdęk wiadomość.

-Jeść dają za darmo…
-Jakie jeść? Dobre jeść? Gdzie jeść? Dużo jeść?
-Powiedzieć czy dobre to właśnie twoja działka.
-Pakować, wysyłać, będę recenzować.

Różne rzeczy zdarzyło się pisać. Artykuły, opracowania, testy. Ale po raz pierwszy występuję w charakterze krytyka kulinarnego. Ten jeden incydent w Gdańsku się nie liczy. Z drugiej znowu strony, zdarzyło się mi zjeść całkiem sporo przeróżnych racji żywnościowych i tym podobnych wynalazków, które maja w zamyśle przetrwać co najmniej dwa następne końce świata. Kiedy więc specshop.pl skontaktował się z naczelnym, oferując żywność do testów, ten naturalnie wysłał ich do mnie. Przysłali zestaw widoczny na zdjęciu, cztery paczki liofilizatów firmy LYO. Do tej pory wszystko co jadłem z tego typu rzeczy było wściekle napakowane konserwantami w celu zachowania „świeżości”. Z produktami suszonymi sublimacyjnie stykam się po raz pierwszy.

Nie zdawało sobie sprawy że toto jest produkowane w Polsce. Zdziwiłem się, bo praktycznie jedynym sklepem w którym je widziałem był właśnie specshop. I choć nie śledzę mocno jakoś wiadomości ze światka surwiwalowo – ekspedycyjnego, to zazwyczaj wiem co się w danym sezonie jada. Pamiętam że jak już kiedyś gdzieś mi się tam przewinęły, to nie zwracałem na nie zbytniej uwagi – właśnie ze względu na brak jakiejś szerszej informacji. Co się odwlecze, jak widać…

Poglądowa wielkość pakietów.

Kazałem przysłać sobie coś losowego. Stwierdziłem że tak będzie lepiej, bo w sumie i nie wiedziałem co wybrać i nie chciałem się uprzedzać. No to wysłali:
1. Leśny spacer: malina, jagoda, jeżyna. Bez glutenu. ( 🙂 )
2. Jabłko. Bez glutenu. (serio, chyba się szykuje art o glutenie, celiakii itp.)
3. Gulasz wieprzowy z kaszą
4. Risotto z pęczaku i soczewicy z musem awokado. Wegańskie. Bez laktozy.

Jestem dokładnym przeciwieństwem ludzi mięso-sceptycznych, ale potrafię docenić dobry posiłek bez mięsa. Ale to trudna w moim mniemaniu kuchnia i byłem serio ciekaw czy dali radę uciągnąć taki ciężar. Zieloną rację zostawiłem sobie na sam koniec.

Fajne to, małe, płaskie (2,5 – 3cm dla dań głównych, ciut więcej dla owoców). Wrzuciłem do plecaka żeby ponosić parę dni, jak testować to testować. Nie przeszkadzało, łatwo dało się upchnąć w kieszonce na laptopa. Po 100 gram z ogonem na dania główne, po 30 na paczki z owocami. Największa zaleta liofilizatów: są lekkie. O ile masz dostęp do wody i nie musisz jej tachać na plecach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na pierwszy ogień poszły owoce. Je to się z definicji na sucho, choć zapewne można dodać do tego wody i zrobić jakiś mus czy inną paciaje. Zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu jabłka. Jako że jadłem na sucho, przypominały mi w fakturze coś jakby delikatniejsze kukurydziane chrupki. Słodkie, cierpkawe i przyjemne. Dałem paru ludziom do spróbowania – nikt nie domyślił się że to jabłko. Ale smakowało wszystkim, tak jak i mi. Mogę polecić. Z mixem leśnym historia jest ciut inna.Na sucho były zdecydowanie zbyt intensywne. No nie mój smak. Dolałem wody, wrzuciłem do jogurtu i poszło.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
Na następny rzut wziąłem gulasz.  Spróbowałem na sucho – taka sama „chrupkowatość”, bez jakiegoś konkretnego smaku. Karton, – myślę sobie – nie będzie dobrze. Zalałem wodą, zostawiłem na ustawowe 10 min. Wyszło na to że się nie znam. Bo to normalne jedzenie jest. Proste i niewyszukane, ale normalne prawdziwe jedzenie. Babcina kasza z sporą zawartością świnki i warzyw. Nie zalatuje chemią i konserwantami, nie ma jakiejś podejrzanej konsystencji. Byłem pewien że gdzieś tu będzie jakiś haczyk. Jak wtedy kiedy szwendając się po mazurach, z kontemplacji nad turystyczną i wyjątkowo dobrym, lokalnym chlebem, kupionym u równie lokalnej i przemiłej pani w małym sklepiku, wyrwał mnie widok wielkiej, zapasionej i zapieczonej muchy w tym drugim. Nie może być za dobrze,  nie może być tak że coś co leży X lat w dowolnych warunkach i się nie psuje może być po przyrządzeniu dobre. No właśnie może. 9/10 i kciuk w górę, w kategorii posiłków z torebki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na koniec zostawiłem sobie to czym byłem najbardziej zainteresowany. Dobrze zrobiona kuchnia wegetariańska to jest całkiem dobra rzecz i czasem można odpocząć od bycia zatwardziałym mięsożercą. Kiedyś specjalnie przejadę się do Indii żeby popróbować ich bezmięsnych wynalazków. Dali radę, co tu dużo mówić. Risotto naprawdę jest smaczne, nie jest mdłe i tak jak w poprzednim wypadku, po dodaniu wody mamy normalny pełnowartościowy posiłek bez żadnych podstępów i kompromisów. Trochę to dla mnie magia przyznaję. No dobra, trochę soli nie zaszkodzi.

Dobra, do tej pory głównie chwaliłem, pora żeby się do czegoś przyczepić. Jedna rzecz mi się nie podoba, ale wynika ona niejako z technologi produkcji i nie da się jej przeskoczyć.  Chodzi mi o niską kaloryczność: 100g z hakiem suchego granulatu, po dodaniu wody daje nam porcję 500g o mocy sprawczej ok 450kcal. Ciut mało. Ale trzeba pamiętać że to co daje nam najwięcej energii to rzeczy które łatwo się psują i raczej nie da się ich liofilizować. Po prostu ten typ tak ma.

Powiem wam szczerze – jestem zadowolony. Na pewno kupie parę sztuk, głównie jako awaryjne żarcie do upchnięcia w strategicznych miejscach. Paczuszki są wytrzymałe, co też sprawdzałem i nie dość że nie udało mi się żadnej uszkodzić, to miałem wręcz problem żeby ją rozerwać na przeznaczonych do tego nacięciach. A jeśli taka paczuszka się nie uszkodzi to podejrzewam że przez długie lata zachowa wartości odżywcze. Sensowność tachania tego ze sobą na wyprawy, będzie dla mnie zależeć od konkretnej sytuacji. Jeśli będę szedł tam gdzie ma dostęp do wody i jakiegoś ognia, to jak najbardziej. Przy braku powyższych, będę musiał się zastanowić czy mi bilans wagowy będzie się zgadzał.  Na pewno też LYO będzie genialną rzeczą dla ludzi którzy zbytnio nie tolerują konserwantów w racjach typu MRE – tutaj po prostu nie ma nic, poza czystymi składnikami. Pamiętam takiego spryciarza w który przez tydzień na jednej szwędaczce jadł tylko amerykańskie brownbagi. Najpierw zamurowało go na 3 dni, potem latał w krzaki co 15 min żeby skończyć łażenie pod kroplówką, z próbami wątrobowymi które zawstydziły by niejednego alkoholika z dwudziestoletnim stażem. Więc jeśli nie przeszkadzają wam wady wrodzone liofilizatów, drażni was smrodek konserwantów w racjach typu MRE, albo po prostu stawiacie racji żywnościowej wymagani ciut większe niż tylko zapchanie żołądka, to ja jak najbardziej polecam.

I oczywiście dziękuję sklepowi specshop.pl za darmowy obiad. A nawet dwa.