Relacja na gorąco.

Wcinałem sobie sajgonki, w moim ulubionym wietnamskim barze. Dobre były, mocno pikantne. Siedzę sobie odzyskując mocno nadwątlone po pracy zdrowie psychiczne, pochłaniam i widzę: dwóch panów ochroniarzy. A był to obraz nędzy i rozpaczy.

Pakują się do restauracji. Wzrok dziki (czyt., głodny), szata plugawa (czyt. rozmamłane i porozpinane kamizelki ekhem… „taktyczne”). Wszystko, wisi odstaje i powiewa. Pełen Monty Python jak pragnę zdrowia. Atakują kontuar, beztrosko zaczepiając wyposażeniem o co się da. Opiera się chłopina o kontuar, radośnie wypina zadek w moja stronę i skupia się całkowicie na kelnerce…

…i tu proszę państwa przestaje być zabawnie. Bo oto widzę coś co – w zamyśle miało być kaburą udową – zwisa gdzieś w okolicach prawego pośladka. Mało tego, wypięty w moją stronę pod niemal idealnym kątem 45 stopni chwyt Makarowa. Nic tylko brać. Wystarczyło by podejść i zamarkować wzięcie chusteczki czy widelca, a bez problemu można było panu zwinąć broń. Równie małym problemem byłoby wyrwać broń zapatrzonemu ciągle w kelnerkę i za nic mającego otoczenie i kontrolę broni ochroniarzowi, i zlikwidować obu zanim ktokolwiek zorientowałby się co się dzieje.

Takie to nie wesołe myśli i równie niewesoła sytuacja mnie spotkała.

Choć opisane lekko pół-żartem, to autentyczne zdarzenie. Wniosków nie wyciągam, pozostawiam to Wam, czytelnikom, wsadzając tylko dwie szpile – pytania:

1. Co na to zwolennicy ustawy deregulacyjnej, która przyniesie tylko pogorszenie i tak już tragicznie niskiego poziomu na rynku ochrony?

2. Co na to wszyscy inni zainteresowani, a w szczególności Policja, która w każdy możliwy sposób torpeduje starania obywateli, w kwestii posiadania broni, jednocześnie rozdając szczodrą ręką pozwolenia obiektowe ludziom po banalnie prostym kursie i równie banalnym egzaminie?

Ja się pytam?