Tekst dedykowany powieściom Grzegorza Mathei „Czwarta Rzeczpospolita” i „Spadek”, które polityczną fikcję umiejętnie połączyły ze śmiechem przez łzy i gorzką refleksją nad stanem polskiego systemu bezpieczeństwa, i dały nadzieję że mimo wszystko nadal warto wierzyć i walczyć o ten skrawek ziemi między Bałtykiem a Tatrami.

A gdyby tak u nas…

Na ekranie telewizora pojawiła się zmęczona – jak u grabarza wyrabiającego stachanowską normę – twarz ministra spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej Siergieja Ławrowa. Ponurym, prawie jak z automatu głosem zaczął on wymieniać listę zbrodni na mniejszości rosyjskiej, których na Białostocczyźnie miał się dopuścić faszystowski reżim w Warszawie. Potem pojawił się prezydent Władimir Putin. Ten, na tle mającym podkreślać triumfalizm i mocarstwowość kraju którym rządził w krótkich i ostrych słowach wyraził to czego od dawna się wszyscy spodziewali.

Rosja nie będzie się bezczynnie przyglądać prześladowaniom swoich rodaków! Gdzie są Rosjanie tam jest Rosja!

I się zaczęło…

Wśród coraz bardziej zaniepokojonej Unii Europejskiej i NATO, coraz bardziej „czerwonych linii nie do przekroczenia” wyznaczanych przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Barracka Obamę, na wschodniej granicy Polski zaczęły się pojawiać coraz liczniejsze grupy „zielonych ludzików”, wyposażonych w czołgi rosyjskiej produkcji, z niedbale zamalowanymi rosyjskimi oznaczeniami wojskowymi. Oczywiście nie byli to rosyjscy żołnierze, jak zapewniał prezydent Putin, a tylko bliżej niezidentyfikowani rosyjscy patrioci mający dość cierpień jakie spotykały w Polsce rosyjską mniejszość. I kiedy cały świat z wyraźnym już znudzeniem obserwował powtórkę wydarzeń jakie miały miejsce wcześniej na Ukrainie, Litwie, Łotwie i Estonii do działań wkroczyli ONI

Regularne oddziały 100 tysięcznej armii Wojska Polskiego stały w koszarach – w końcu nikt wojny nie ogłosił. Kwiat sił zbrojnych – Jednostki Specjalne – uświetniały spotkania weteranów powstań, odwiedzały przedszkola, pontonami po rzece woziły prezydentów miast oraz dobrze prezentowały się na zdjęciach na Facebooku. Robiły wszystko to co przez ostatnie lata robiły w Polsce Wojska Specjalne. A tymczasem do działań przystąpili właśnie ONI!!!

Ochotnicze Odziały Obrony Terytorialnej. Karne, świetnie wyszkolone i znające teren na jakim przyszło im działać. Potrafiące pogodzić prowadzenie działań wojennych (niesymetrycznych) z 8 godzinnym dniem pracy. Działali skrycie, zdecydowanie, bezwzględnie. Jak talibowie w Afganistanie pojawiali się znikąd, niszcząc napływające w coraz większej ilości, już nie zielone a czerwone ze złości oddziały „rosyjskich separatystów”. W końcu na Kremlu zapadła decyzja o użyciu taktycznej broni jądrowej, by „wytruć te faszystowskie karaluchy” – jak się wyraził prezydent Putin. Ale wtedy, jak nożem z kolekcji redaktora Szarego uciął, skończyło się zaniepokojenie Unii Europejskiej i NATO. Prezydent Obama (skwapliwie poparty przez europejskich liderów, kryjących się jednak ze strachu za jego plecami) – niczym rasowy ganstabadassmofo z chicagowskiego getta – publicznie wyjaśnił Rosjanom czym to się może skończyć…

I tak mija już kolejny rok pokoju na świecie. Prezydent Putin zajada ze smakiem polskie jabłka, popijając cydrem z tychże, jednocześnie nie mogąc się nadziwić kto mu wcisnął kit, że Polacy prześladują rosyjską mniejszość? Pewnie służby specjalne. One zawsze namącą, jak w przypadku broni chemicznej w Iraku i prezydenta Busha. Ale on już zrobi tam porządek. Jak na Dubrowce!

I jak? Podobało się?

To teraz na poważnie.

Słaba armia?

Wydarzenie na Ukrainie, których przyspieszenie tempa nastąpiło w marcu br. aneksją przez Federację Rosyjską Półwyspu Krymskiego, na poważnie odświeżyły w Polsce dyskusję na temat polskiego systemu bezpieczeństwa. Przede wszystkim militarnego. Bowiem to stan Wojska Polskiego, co jakiś czas jak fala przetacza się przez debatę publiczną, od czasu przemian zapoczątkowanych w 1989 roku. „Armia to relikt przeszłości, który pomógł zdławić ruch Solidarności”. „Armia musi się dostosować do wymogów NATO”. Armia to, armia tamto – przez 25 lat takie głosy były ciągle słyszane. Do tego dochodziły co jakiś czas nowe koncepcje na temat sposobu działania wojska. „Broń pancerna to przeżytek”. „Stawiamy na aeromobilność”. „Przewagę wywalcza lotnictwo”. „Tylko współdziałanie w ramach struktur północnoatlantyckich”. Ciągle nieustanne zmiany, reformy, konieczność dostosowywania się, sytuacja w której nie zawsze liczył się człowiek. Niepewność służby, niepewność awansu, „12 lat w mundurze + 3 zmiany w Iraku oraz Afganie i kop do cywila”. Znajome, nieprawdaż? Na dodatek świat zachodni – a w tym Polska – dotarł do takiego absurdu, w którym samo powiedzenie, że wojsko ma eliminować żywą siłę wroga (czyli zabijać) zostało uznane za radykalne złamanie poprawności politycznej. Armia mogła „stabilizować”, „współdziałać”, „kooperować”, ale broń Boże „zabijać” (bo jak to będzie wyglądać w mediach). Tymczasem Rosja, korzystając z politycznej niestabilności na Ukrainie, zaczęła wcześniej zaznaczoną tylko w Gruzji partię kart, której celem ma być możliwie szerokie odtworzenie jej dawnej strefy wpływów. Świat zachodni ma też Libię, Syrię, na nowo Irak, ma więc czym się zajmować – my zaś i tak robimy swoje. Jak na razie taka taktyka prowadzona przez Kreml się sprawdza.

Na ratunek Armia Krajowa

Nad stanem polskiej armii co jakiś czas pochylają się – wypowiadając się w mediach – dyżurni komentatorzy, generałowie przeniesieni do rezerwy. Jest źle, nie obronimy naszych granic, za mała armia. Odpowiedzią na to są głosy tych generałów, którzy akurat znajdują się przy stronie rządzącej. NATO, współdziałanie, sojusze. Ta sama od lat medialna gra, a nawet zabawa. Aż tu nagle pojawił się nowy głos w debacie nad poprawą stanu polskiej obronności. Utworzenie ochotniczych formacji militarnych. By ładnie nawiązywało to do tradycji walki o niepodległość, całości nadano nazwę akcji „Odbudujmy Armię Krajową”.

Na stronie akcji możemy znaleźć następujące założenia:

Chcemy zaproponować odbudowę Armii Krajowej, której podstawową misją jest zapewnienie skutecznego odstraszania, obrony, a w razie konieczności udzielenia społeczeństwu niezwłocznego wsparcia również w trakcie klęsk żywiołowych i katastrof. W okresie wojny AK, obok wsparcia udzielanego polskim wojskom operacyjnym i ewentualnym siłom wzmocnienia NATO, zapewni ochronę i obronę infrastruktury krytycznej, ludności cywilnej oraz dóbr narodowych.

Jak dla mnie znajome. Coś mi to przypomina. Czytając dalej:

Wielu ludzi sądzi, że odbudowanie Armii Krajowej jako komponentu terytorialnego Sił Zbrojnych RP będzie bardzo trudne i zajmie wiele lat. Stowarzyszenie ObronaNarodowa.pl – Ruch na Rzecz Obrony Terytorialnej uważa jednak, że konieczne zmiany jesteśmy w stanie wprowadzić szybko i efektywnie. Opracowane przez naszych ekspertów analizy wskazują, że w budowie przyszłej Armii Krajowej zastosowanie mogą znaleźć wdrożone już rozwiązania w obszarze bezpieczeństwa wewnętrznego państwa.

Integralną częścią bezpieczeństwa wewnętrznego państwa jest Krajowy System Ratowniczo-Gaśniczy (KSRG). Konstrukcja systemu zakłada współdziałanie różnych podmiotów ratowniczych, zarówno państwowych jak i ochotniczych, w celu zapewnienia ochrony życia i zdrowia ludzi, bezpieczeństwa mienia lub środowiska. Nadzór nad funkcjonowaniem KSRG pełni minister właściwy ds. wewnętrznych.

Ooo! No jasne! KSRG, który znaczy też coś zupełnie innego, a co wiedzą tylko wtajemniczeni 😉 . Czyli mówiąc w skrócie ma chodzić o taką Ochotniczą Straż Pożarną, tylko że nie na GBA (średni wóz gaśniczy) a na czołgu. Zrealizowane ma to być tak:

Opierając się na doświadczeniach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oraz Państwowej Straży Pożarnej w organizacji Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego, w którym wykorzystano potencjał tkwiący w ochotniczych strażach pożarnych oraz organizacjach pozarządowych, postulujemy, by przyszłą Armię Krajową odbudować na analogicznych zasadach. Obywatelski komponent Sił Zbrojnych RP mógłby powstać dzięki zaangażowaniu sił i środków znajdujących się w posiadaniu Ministerstwa Obrony Narodowej.

Być jak OSP

Niestety na tym kończą się zawarte na stronie konkrety. Aczkolwiek miło jest przeczytać, że OSP w powszechnym mniemaniu kojarzące się nadal z „miśkami w dresach spod wiejskiej remizy”, która „bardzo rzadko wychodzi na akcje, ale gdyby co to jest w stanie to zrobić” (za redaktorem Janem Wróblem z TokFM w porannej audycji w 26 sierpnia br. – w 20:07) mogą być dla kogoś wzorem do naśladowania.

Pomieszanie z poplątaniem, przeplecione (w oparciu o to co zostało powiedziane w dalszym ciągu wspomnianej audycji) nutką tradycji i swojskością, kojarzące się z obrazem Polski widzianej z perspektywy „starych” krajów Unii Europejskiej. Polna droga, wóz drabiniasty ciągnięty przez konie, wierzby przy drodze. Ktoś kto tak podejdzie do kwestii ochotniczych działań ratowniczych (a następnie do militarnych) wypaczy sobie tylko sens tego, z czym ma mieć do czynienia.

Bowiem ochotniczość w przypadku straży pożarnej to przede wszystkim wejście wejście w strukturę, klimat oraz układy Polski lokalnej. Nie tej widzianej z Warszawy, z ładnych i sterylnych pomieszczeń szklanych biurowców, ale Polski czasem pogardliwie zwanej „B”. Wejście na dobre i na złe. Ochotniczość to umiejętne lawirowanie między trzema równorzędnymi czynnikami sprawczo-decyzyjnymi:
– samorządowym – miasto/gmina która z własnych środków finansuje działalność OSP,
– państwowym – Komenda Powiatowa PSP dowodzi/koordynuje/szkoli OSP, a często również ustawia się w „kolejce” po wsparcie do jednostek samorządowych choć jest finansowana przez państwo;
– społecznym – OSP działają jako stowarzyszenia tworzone przez ludzi mających swoje poglądy, wizje i charaktery.

Tylko sprawne i skuteczne działanie tych trzech mechanizmów może zapewnić, że w razie wystąpienia zagrożenia zdrowia i życia ludzkiego, dyspozytor w Stanowisku Kierowania w Państwowej Straży Pożarnej może w teren na pierwszy rzut posłać jednostkę OSP. A ta opanuje sytuację – czasem całkowicie – zanim przybędzie pogotowie ratunkowe oraz zawodowcy z „państwówki”, którym można powiedzieć, że „ja płacę (podatki) to i wymagam”. Od nich tak, bo oni mają co miesięczną pensję, ubezpieczenie, oraz naliczany staż emerytalny. To ich praca, hobby, pasja, zawód. Jakkolwiek tego nie określić, w bilansie zawsze pojawia się stała kwota, dzięki której można się przez miesiąc utrzymać. Ochotnicy poza satysfakcją, pasją, czymś nie nazwanym nie mają NIC – jeśli nie liczyć diet za udział w działaniach wypłacanych przez lokalny samorząd, z których nieraz część lub całość jest przekazywana na rzecz OSP. A wykonują takie same zadania i obowiązki jak ich koledzy zawodowcy.

Tak też ma być w przypadku ochotniczych formacji wojskowych?

Fanom ochotniczych formacji proponuję taką zabawę. Socjologiczną. Otóż podczas rozmowy o pracę należy nadmienić, że jest się strażakiem-ratownikiem OSP i w razie przyjścia alarmu chciało by się rzucić wszystko i biec/jechać na akcję. Pracodawca na pewno wykaże się zrozumieniem takich pasji i jeszcze pod koniec miesiąca da sowitą premię, wynagradzającą takiego bohatera jaki jest zatrudniony w jego firmie!

W Polsce lokalnej (czyli tej poza wielkimi ośrodkami miejskimi) struktura działania straży pożarnej opiera się o powiat. Komendant Powiatowy Państwowej Straży Pożarnej jest jak udzielny książę, decydujący (i odpowiadający za) o wszystkim co dzieje się na jego terenie, w zakresie ochrony przeciwpożarowej. Także o naborze do podległych sobie Jednostek Ratowniczo-Gaśniczych PSP czy realizacji szkoleń terenowych jednostek OSP. Komenda Wojewódzka to coś o czym wiadomo, że jest. Zjawią się raz na jakiś czas z inspekcją, zapytają jak się wymienia żarówki w latarkach lub czy rozumie się to co zostało opracowane przez mędrców z Warszawy. Natomiast przedstawicieli Komendy Głównej widzi się głównie w telewizji, przy okazji świąt bądź większych klęsk żywiołowych czy katastrof. Można by rzecz, że jest tu większy „luz” w dowodzeniu. Ale jest też większa odpowiedzialność, spoczywająca na barkach najmniejszego trybiku jakim jest działający w terenie, przy zdarzeniu dowódca zmiany PSP. To on wraz z podległymi sobie ratownikami z „państwówki” oraz ochotnikami, znajduje się na pierwszej linii frontu. Współdziałanie, zrozumienie, zaufanie, pewność, że nikomu nic nie odbije – od tego może zależeć zdrowie i życie ludzkie.

Czy takie coś można sobie wyobrazić w wojsku? Czy „komisja z Warszawy” dla wielu żołnierzy zawodowych nie była wiele razy dobrym środkiem przeczyszczającym? Wreszcie ciekawe pytanie, na które chyba żadna osoba z taką fantazją rozprawiająca o ochotniczych formacjach militarnych sobie nie odpowiedziała. Dlaczego w Wojsku Polskim nie ma związków zawodowych? Już choćby przez to, dalsze porównywanie struktur strażackich i wojskowych do siebie jest bez sensu. W przeciwieństwie bowiem do pewnych form międzyszarżowo-etatowego dialogu w straży pożarnej, armia to nie klub dyskusyjny. Tak było, jest i powinno być, chyba że chce się wrócić do niechlubnej tradycji pospolitego ruszenia z XVII wieku.

Wracając jeszcze do kwestii struktur na jakich oparta jest straż pożarna, to wspomniano, że jest nim powiat. Na jego terenie znajduje się komenda oraz jednostki ratowniczo-gaśnicze PSP i znajdujące się w systemie KSRG jednostki OSP. W zależności od zasobności gmin w powiecie, może być to od kilku do kilkunastu nawet remiz wyposażonych we właściwy sprzęt i przeszkolonych ratowników. Czy coś podobnego miało by dotyczyć też ochotniczych oddziałów militarnych? „Zawodowa” jednostka wojskowa w każdym powiecie, zaś w gminie… Hmm… Strażnica? Wartownia?

Uprawianie „gier i zabaw” militarnych to spory wydatek na szpej, repliki broni ASG, również tej prawdziwej, jeśli w grupach znajdują się osoby mające uprawnienia instruktorskie. Tym samym taka działalność staje się z reguły dostępna dla mieszkańców większych ośrodków miejskich. Dla kogoś żyjącego w owej Polsce „B” możliwość zawodowej służby w formacjach ratowniczych, militarnych bądź porządkowych to nie zabawa czy miłe spędzenie czasu, ale świadomy wybór drogi życiowej, która przy dwucyfrowym bezrobociu może się zakończyć emigracją lub pracą na „śmieciówce”. Kto wobec tego miałby działać w takich formacjach w powiatach znajdujących się na tzw. „ścianie wschodniej”? Bo chyba z tamtego kierunku upatrywane jest zagrożenie.

Na koniec zaś sprawa najważniejsza.

Kto miałby łożyć środki materialne na utrzymanie ochotniczych, lokalnych formacji militarnych? Państwo – czyli Warszawa? Czy prezydent/burmistrz miasta bądź wójt? Jak teraz połączyć samorządowe „płacę więc wymagam” z faktem, że wojsko to nie klub dyskusyjny? OSP w ramach działalności społecznej często zabezpiecza bądź współorganizuje imprezy i uroczystości, chcąc nie chcąc wpisując się we wspomnianą na początku lokalną strukturę, klimat oraz układy. Dopóki statystyka wyjazdów rośnie, a PSP zawsze może liczyć na wsparcie OSP są to rzeczy – dla ludzi naprawdę czujących pasję i potrzebę ratowania – bez większego znaczenia. Ktoś się pojawi w mundurze strażackim na mszy, kogoś wyczyta ksiądz, że „to ofiarny strażak więc warto pamiętać jego nazwisko w nadchodzących wyborach”. Życie. Codzienna norma owej Polski „B”.

Powtarzając więc pytanie – jak pogodzić ochotniczość ze sztywną, zhierarchizowaną i bezdyskusyjną strukturą panującą w wojsku?

W swoich rozważaniach nie użyłem brzydko brzmiących słów jak „bojówki” czy „milicje”, finansowane przez lokalnych bonzów. Polska na szczęście nie jest krajem z obszaru Ameryki Łacińskiej. Użyłem za to jeszcze brzydszego, jakim jest pospolite ruszenie. Formacja wojskowa kompromitująca się już od końca XV wieku, i służąca de facto jako czynnik wywierania politycznego wpływu na życie ówczesnej Polski. Chyba nie o to chodzi inicjatorom akcji Odbudujmy Armię Krajową.

Nie chciałbym by mój felieton został odebrany jako głos ośmieszający bądź lekceważący pomysł utworzenia ochotniczych formacji obronnych. One są potrzebne, choćby po to by każdy wojskowy planista z państwa nie darzącego nas sympatią, musiał wziąć ich istnienie pod uwagę. Warto jednak być realistą i wiedzieć jak owa ochotniczość, i to na szeroką skalę już w Polsce działa. A działa tak, że na razie rzadko ale jednak w serwisach strażackich pojawiają się informacje, że jakaś jednostka OSP nie wyjechała na akcję, bo nie było kierowcy, a samorządu nie stać na utworzenie stałego etatu. Czyli czegoś, co zaprzecza chyba sensowi działań ochotniczych. Przychylni ochotnikom pracodawcy? Minimalny bonus przy naliczaniu stażu emerytalnego? Strażacy (ochotnicy) na „śmieciówkach” już są. Teraz czas na żołnierzy? Stworzyć coś, byle tylko działało i choć trochę złapało tego społecznego zapału, jaki się teraz marnuje? Zostawiam te pytania do samodzielnego przemyślenia.

Chcesz być na bieżąco? Dopisz się do newslettera!

[subscribe2]