Tekst pochodzi z zaprzyjaźnionego z nami portalu Pol-Ukr zajmującego się tematyką polsko-ukraińską.

Z Natalią i Marianną umówiłam się na spotkanie w centrum Lwowa. Jeszcze dwa lata temu byłoby to dziwne i przerażające – na ulicach spokojnego miasta, w knajpie przy kawie, rozmawiać o wojnie. O ranach postrzałowych, opaskach hemostatycznych oraz ratowaniu życia tych, którzy są obok ciebie. Teraz to już nie zaskakuje. Ale jeśli dla większości są to tylko zwykłe rozmowy, to dla tych dziewcząt jest to ciągła nauka: uczenie samych siebie i uczenie innych. Obie są wolontariuszkami inicjatywy T-helpers.

T-helpers to obecnie 20 lekarzy i 5 pomocników (wśród nich wykładowca Politechniki Lwowskiej oraz inżynier), dzięki którym w ciągu ostatnich miesięcy możliwe stało się stacjonarne szkolenie medyczne dla uczestników ATO zgodnie ze standardami zachodnimi. Grupa wolontariuszy rozpoczęła swoją pracę w maju ubiegłego roku. Dotychczas w ich szkoleniach uczestniczyło prawie 20 tysięcy osób. Członkowie grupy, która działa na zasadzie wolontariatu, najpierw sami szczegółowo przestudiowali podstawy medycyny wojskowej według standardów NATO, a obecnie przekazują tę wiedzę młodym chłopakom.

– Wszystko zaczęło się od Majdanu – przypomina sobie wolontariuszka i lekarz, Natalia Iżycka. – W grudniu 2013 r. wraz z przyjaciółmi pojechałam na Majdan, gdzie pracowałam jako lekarz do połowy stycznia 2014 r. W związku z odniesionymi ranami byłam zmuszona wrócić do Lwowa. Ale wówczas to rozpoczęły się gorące dni na Majdanie i zadecydowaliśmy o utworzeniu lwowskiego oddziału służby medycznej w ramach Sztabu Oporu Narodowego. Podstawę stanowiły dwa lwowskie szpitale, w których przyjmowano ewakuowanych z Majdanu, opiekowano się nimi i w razie potrzeby przewożono za granicę. Uruchomiliśmy także telemedycynę – przez Internet kontaktowaliśmy się z kolegami z zagranicy, w większości z Polski. Później dołączyły do nas kolejne osoby – psycholodzy, Marianna (ekonomistka) oraz wiele innych. Tak pracowaliśmy do maja 2014 r. Później zaczęliśmy nowy rozdział.

– Jak to się stało, że Pani, lekarz cywilny, i Marianna, ekonomistka, zajęłyście się medycyną wojskową?

Natalia Iżycka: – W maju 2014 r. zwrócili się do mnie znajomi z batalionu „Lwów”. Zostali wysłani na wschód, ale nie mieli żadnego wsparcia medycznego. W ich jednostce nie było medyka, ani też nikt nie nauczył ich podstaw ratownictwa medycznego. Nasza rozmowa odbyła się wieczorem. Następnego poranka zespół inicjatyw „E-Plus” z Kijowa już wiózł dla nich leki, a my zastanawialiśmy się, jak zorganizować dla nich szkolenie. Mieliśmy co prawda duże doświadczenie w zakresie medycyny powypadkowej. Wśród nas byli lekarze teoretycy, którzy nauczali pierwszej pomocy. Rzecz jest w tym, że medycyna wojskowa to już zupełnie inna sprawa.

Marianna Żurakowska: – Zetknęliśmy się koniecznością nauczenia młodych chłopaków podstaw medycyny wojskowej. Więc najpierw zaczęliśmy się uczyć jej sami, a potem uczyć także ich. We wrześniu odbyło się tygodniowe szkolenie dla ukraińskich lekarzy, prowadzone przez amerykańskich trenerów medycyny wojskowej. Organizatorzy szkolenia znali nas jeszcze z czasów Majdanu, dlatego zaprosili nas do wzięcia w nim udziału. Później odbyły się spotkania z lekarzami izraelskimi, polskimi lekarzami wojskowymi i tak rozpoczęła się też ciągła praca nad samym sobą. Zaczynaliśmy w 5 osób, a obecnie jest nas już 25, z czego 20 to lekarze różnych specjalizacji.

Dlaczego zdecydowałam się zostać już po Majdanie? Miałam świadomość, że jestem potrzebna i że mogę pomóc.

– Na ile różni się medycyna cywilna od medycyny wojskowej? Czy potrzebne są specjalne szkolenia dla lekarzy cywilnych, którzy udają się do strefy ATO?

N.I.: – Oba rodzaje medycyny kategorycznie różnią się od siebie. W medycynie cywilnej ratujemy zdrowie pacjenta. W medycynie wojskowej ratujemy jego życie. Zasadnicza sprawa w medycynie wojskowej to wykonać zadanie, a dopiero potem nieść pomoc – w dodatku tylko za zgodą dowództwa. Nie można narażać samego siebie na pewną śmierć. Dla ratownika nawet w warunkach toczących się walk powinno być stosunkowo bezpiecznie. Żywy ratownik to ratownik, martwy ratownik to brak ratownika. W medycynie cywilnej lekarze zwykle nie martwią się o własne bezpieczeństwo i koncentrują się na udzielaniu pomocy. Medycyna wojskowa jest bardzo okrutna. Często jest to wybór – albo życie, albo zdrowie. Jeśli możemy uratować komuś życie, nie będziemy myśleć o tym, czy zachować mu rękę lub nogę.

11262490_1587303164876938_7237045950230155125_n

– Czy lekarzy wojskowych przygotowywano do pracy na wschodzie Ukrainy?

N.I.: – Mamy Wojskową Akademię Medyczną w Kijowie oraz szpitale wojskowe, ale w nich kształci się lekarzy wojskowych do pracy w warunkach szpitalnych. Umieją nieść pomoc w sytuacjach ran postrzałowych i innych urazów bojowych, ale w szpitalu. Właśnie ci lekarze zarządzają szpitalami zlokalizowanymi w strefie działań wojskowych. Chcę jednak podkreślić, iż przez ostatni rok nasi lekarze znacznie podnieśli swoje kompetencje. Dużo uczyli się od kolegów z zagranicy i zdobywali własne doświadczenie. Teraz to do nich przyjeżdżają szkolić się zagraniczni lekarze. Problem polega na tym, że nasza dotychczasowa edukacja medyczno-wojskowa znacznie różniła się od tej w krajach NATO. W Związku Radzieckim pomoc na polu bitwy nie miała na celu ratowania życia. Wroga zwyciężało się liczbą żołnierzy i ofiary nie miały znaczenia. Obecnie medycyna wojskowa ma na celu ratowanie życia i zapewnienie bezpieczeństwa tym, którzy niosą pomoc. Tłumaczymy uczestnikom ATO, że pomoc dzieli się na trzy rodzaje: pomoc na linii ognia, pomoc w tymczasowej strefie schronienia i pomoc w specjalistycznych, wojskowych szpitalach polowych. Naszym zadaniem jest nauczyć żołnierza poradzić sobie na pierwszych dwóch etapach, kiedy w pobliżu nie ma zawodowego lekarza. Chłopcy powinni umieć nałożyć opaskę, zatrzymać krwawienie, wyciągnąć kolegę spod ostrzału i przywrócić mu oddech. Kiedy zaczęliśmy pracę, staraliśmy się kształcić przynajmniej instruktorów, którzy tam jechali. Ale bardzo często na te stanowiska wybierano osoby, które nie miały nic wspólnego z medycyną. Teraz staramy się przygotować każdego żołnierza, który jedzie do strefy ATO.

– Uczycie chłopaków udzielania pomocy według standardów NATO. Tylko czy oni mają w tym celu odpowiednie wsparcie finansowe? Wiem, że wiele dostarczają sami wolontariusze. Ile to tak naprawdę kosztuje?

M.Ż.: – Najpierw chłopcy byli sceptyczni i mówili: „my i tak nie będziemy mieli tych leków”. Natychmiast poruszyliśmy tę kwestię. Niestety nie możemy w 100 % zaopatrzyć wszystkich, którzy odbywają u nas szkolenia, w natowskie apteczki. Ale przez ostatni rok dużo się zmieniło. Zaczynaliśmy od zwykłej apteczki medycznej z narkozą, opaską i tym, co najbardziej potrzebne. Ich koszt wynosił 350-400 UAH (20-25 dolarów). Na standardy NATO zaczęliśmy przechodzić stopniowo. Jest to trudne i drogie, ponieważ 70% wyposażenia nie jest w ogóle produkowane i dostępne w sprzedaży na Ukrainie. Zawierają one opaski uciskowe, Celoks, specjalne bandaże i plastry do ran klatki piersiowej, igły do dekompresji itd. Średnia cena takich apteczek to 2000 UAH (około 80-90 dolarów). Z ich zakupem i kompletowaniem pomagają nam osoby z zagranicy. Zwłaszcza z Polski i Ameryki. Są to głównie Ukraińcy, którzy tam mieszkają: zbierają pieniądze, kupują niezbędne rzeczy i wysyłają do nas. Zwykle nie są to duże ilości, ale bardzo nam to pomaga. Odpowiedniki niektórych leków staramy się też znaleźć w Chinach. Jeśli są one dobrej jakości, zamawiamy je w dużych ilościach. Ciekawa historia wiąże się z dostawą specjalnych nożyc. W Kijowie udało się nam poznać chłopaka, który służył kiedyś w armii izraelskiej i dzięki jego znajomościom udało się zorganizować transport sprzętu na Ukrainę. Oczywiście brakuje nam pieniędzy, ponieważ ze względu na złą sytuację finansową rodacy nie mogą nam stale pomagać. Dajemy radę, ale niestety nie wszystkich możemy wesprzeć.

– Jak długo trwają szkolenia i jak chłopaki je odbierają?

N.I.: – Pracujemy nad umiejętnościami podstawowymi, takimi jak chociażby nałożenie opaski uciskowej. Ręce żołnierza powinny same umieć to zrobić. Dlatego oni powtarzają te ćwiczenia po 100 razy. Uczymy ich różnych metod ewakuacji, a także jak przywrócić oddech, udzielić pierwszej pomoc przy zranieniu w klatkę piersiową, w tym jak przeprowadzić dekompresję. Co ważne, uczymy ich radzić sobie z podręcznymi narzędziami: co zrobić, gdy nie ma specjalistycznego sprzętu, a mimo to trzeba ratować życie. Zazwyczaj taki kurs trwa 2 dni, ale często musimy nauczyć chłopaków wszystkiego w jeden dzień, bo po prostu nie ma więcej czasu. Wraz z zespołem sześciu instruktorów prowadzimy szkolenie dla stuosobowej grupy, a pod koniec dnia symulujemy sytuację zbliżoną do tej na froncie, a chłopaki powinni umieć w tych warunkach nieść pomoc medyczną.

M.Ż.: – Podczas takich symulacji młodzi chłopcy pierwszy raz zaczynają rozumieć, że nie wszystko jest takie proste. Kiedy zajęcia odbywają się na trawie, dookoła jest spokojnie i świeci słońce, nie zawsze traktują te szkolenia poważnie. Ale gdy pod nogi zaczynają spadać granaty dymne, słychać krzyki i wystrzały, ich nastawienie natychmiast się zmienia. Pojawia się motywacja i szereg pytań. Z doświadczenia możemy powiedzieć, że ci, którzy już byli w strefie ATO o wiele poważniej traktują takie szkolenia medyczne. Ci, którzy przyjechali na rotację lub urlop często dzwonią i sami proszą o ponowne szkolenie. Poprzednie fale mobilizacji opowiadają swoim następcom o tym, jak ważne są nasze szkolenia. To pomaga.

10952862_1579080899032498_7727371928437405351_n

– Więcej osób zwraca się do was z waszej inicjatywy czy z własnej woli?

M.Ż.: – Nie szukamy podopiecznych. Na początku śledziliśmy kogo wysyłają na Wschód i wtedy staraliśmy się prowadzić dla nich szkolenia. Wszystko zaczęło się od pododdziałów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Ukrainy. Następna była Gwardia Narodowa. Dobrze pamiętam pierwszy przypadek masowego szkolenia. Do strefy ATO jechały wtedy dwa bataliony Gwardii Narodowej. 700 osób. Uczyliśmy ich i zaopatrywaliśmy w apteczki. Wtedy wszystko zaczęło się na wielką skalę. I zaczęły się szalone wydatki.

N.I.: – Mamy obecnie podpisaną umowę o współpracy z Akademią Wojsk Lądowych. Zarekomendowali nas instruktorzy amerykańscy, którzy prowadzali szkolenia na Ukrainie we wrześniu ubiegłego roku. Właśnie na tej podstawie pracujemy kilka ostatnich miesięcy. W tym czasie zdarzało się, że prowadziliśmy szkolenia codziennie, nawet w weekendy. Na poligon wyjeżdża jednocześnie 12-15 instruktorów. W tym czasie nasze szkolenia ukończyło odbyło ponad 18 tysięcy uczestników ATO.

– Co było w tym czasie najtrudniejsze?

M. Ż.: – Zapewnienie odpowiedniej motywacji żołnierzy. Rozumieli, dlaczego powinni nauczyć się dobrze strzelać, ale nie rozumieli, dlaczego jest im potrzebne przygotowanie medyczne. Były przypadki, gdy wojskowi przychodzili na zajęcia pijani. Później udało się nam zmusić ich, żeby podchodzili do szkoleń bardziej poważnie. Ciężko było też pracować, gdy było nas mało. Mieliśmy wtedy zespół złożony z 4-5 osób, a szkoliliśmy w trybie całodobowym.

– Dużą pomoc niosą wolontariusze. Czy istnieją takie przykłady również w medycynie?

M.Ż.: – Ochotnicy już dawno zaczęli szyć specjalne torebki na apteczki. Poza tym przywieźliśmy natowską apteczkę, rozebraliśmy ją i zamówiliśmy te same części. Tak samo zrobiliśmy z naramiennikami medycznymi. W rezultacie nasze odpowiedniki są 4-5 razy tańsze niż sprzęt zagraniczny. Ale jeśli chodzi o lekarstwa, to oczywiście wolontariusze nie mogą ich produkować. Leki powinni przejść badania oraz certyfikację. Tym powinno zająć się państwo oraz duże przedsiębiorstwa.

Rozmawiała: Mirosława Iwanyk.

Tłumaczenie: Nataliia Sokolova.

Chcesz być na bieżąco? Dopisz się do naszego newslettera!