30 lipca br. w internetowych serwisach informacyjnych pojawiła się następująca informacja:

Plotka niewiadomego pochodzenia, jakoby awaria reaktora za wschodnią granicą spowodowała w Polsce skażenie radioaktywne, wywołała w świętokrzyskiem panikę. Urząd wojewódzki powołując się na Państwową Agencję Atomistyki uspokaja: – Nie ma żadnego skażenia. (za kielce.gazeta.pl)

a także:

„Wybuch jądrowy. Lekarze zbierają płyn Lugola” – taka plotka zatacza coraz szersze kręgi. Wirtualna Polska zasięgnęła informacji w Państwowej Agencji Atomistyki: nic takiego nie miało miejsca – zapewnia Monika Kaczyńska, rzeczniczka prasowa prezesa PAA. Jak mówi, PAA prowadzi stały monitoring zagrożeń radiacyjnych. (za wiadomosci.wp.pl)

Do mnie też dotarła ta informacja, kiedy „siedziałem w Internetach”. Nie zwlekając ani chwili postanowiłem wejść na stronę instytucji, która jest najlepiej poinformowana w sprawie zagrożeń radiologicznych na terenie Polski, czyli do Państwowej Agencji Atomistyki. I tu mały, a właściwie duży ZONK. Strona nie działa. „A więc wojna”, „zaczęło się”, „może to kosmici?” Nie no, fantastykę to zostawmy sobie na imprezy oraz spotkania dla fanów i sympatyków tego gatunku. Z drugiej jednak strony, bezpieczeństwa nie da się skutecznie zapewnić bez posiadania wyobraźni i umiejętności analizy oraz przewidywania. Także najbardziej wydawać by się mogło absurdalnych rozwiązań.

Co wobec tego zwykły, przeciętny, normalny konsument bezpieczeństwa w Polsce mógłby zrobić w sytuacji, gdyby naprawdę zaistniało realne zagrożenie związane z podwyższeniem stopnia radiacji na terenie kraju, a jego źródło byłoby pochodzenia zewnętrznego?

Podzielę tę sprawę na kilka aspektów, a zacznę od wspomnień z własnego dzieciństwa…

Aspekt korzystania ze źródeł informacji

Pamiętam ten dzień jak dziś. Było słonecznie i ciepło. Najprawdopodobniej był to 30 kwietnia. „Nie masz dziś szkoły, ale mimo to musimy do niej iść”. Na ulicach pustki, ludzie szybkim krokiem przemykali z jednego końca na drugi. W budynku szkoły cisza. Z mamą udałem się do ambulatorium, sprawdzenie dokumentów, masz tu kubeczek, wypij wszystko. Żółto-brunatna ciecz, zostawiająca gorzki posmak. I ten dziwny stan u małego dziecka wyczuwającego, że „COŚ JEST NIE TAK”, ale nie potrafiącego zrozumieć co. I w sumie nie bardzo się tym interesującego, skoro mama i tata są obok. Dopiero w następnych latach, przysłuchując się choćby rodzinnym rozmowom, zaczęło docierać do mnie z jakim to wtedy demonem się starłem. To był Czarnobyl odpowiedzialny za choroby, dolegliwości i dokuczliwości, o których Polacy tak lubią rozmawiać gdy się spotkają.

Katastrofa w elektrowni atomowej w Czarnobylu (ZSRR, obecnie Ukraina) 26 kwietnia 1986 roku całkowicie odsłoniła niewydolność struktur informacyjnych państw ówczesnego bloku wschodniego.

Katastrofa atomowej elektrowni w japońskiej Fukushimie to przy Czarnobylu popkulturalny thriller. Bardziej emocjonujące było zastanawianie się czy od radioaktywnego skażenia, do którego tam doszło narodzi się nowa Godzilla (czy jakiś inny potwór), a nie to czy jakieś zagrożenie naprawdę istnieje. Bo istniało.

Informacja – dezinformacja – wszystko zależy od tego kto i w jakim celu będzie ją przekazywać. Na fotografii Jerzy Urban, rzecznik rządu w czasach (1981-1987). Przez wiele osób do tej pory nienawidzony za skuteczne interpretowanie oraz operowanie informacjami i przedstawianie zachodzących w tamtym okresie wydarzeń w korzystnej dla ówczesnej władzy narracji.

Nie ma tu potrzeby przytaczać całego kontekstu czasów i epoki, w którym doszło do katastrofy czarnobylskiej. Czytelnikom nie pamiętającym jednak tamtych czasów należy się małe wyjaśnienie, że wszelkie oficjalne źródła informacji: radio, telewizja oraz prasa były poddane ścisłej kontroli przez czynniki partyjno-rządowe. Celowo tu piszę partyjno-rządowe, gdyż w ówczesnej Polsce sfera decyzyjna (w tym ta związana z bezpieczeństwem) była rozbita na formalną: rządową, i nieformalną, ale mającą decydujący wpływ: partyjną. Jeśli będziecie się kiedyś zapoznawać z zapisem wydarzeń z tamtych dni i reakcją polskich władz na nie, to zwróćcie właśnie na to uwagę. Mimo to prawdziwe (powiedzmy, że zbliżone do prawdy) informacje docierały do ludzi za pomocą zachodnich radiostacji nadających w języku polskim: Radia Wolna Europa, BBC czy Głosu Ameryki. Inna rzecz, że Zachód sam za wiele nie wiedział lub nie chciał pokazywać ile wie…

A jakby było dziś?

Przede wszystkim musielibyśmy się zmierzyć z natłokiem informacji, zwłaszcza w dalszej fazie rozwijającego się kryzysu spowodowanego realnym zagrożeniem radiacyjnym. O takich rzeczach jak pojawienie się w takiej sytuacji sporów politycznych, spychologii czy braku konkretnych decyzji nie ma chyba co pisać. Nie ma co się łudzić, że ich by nie było, zwłaszcza po 10 kwietnia 2010 roku, jak najdalej będąc od stawania po tej czy tamtej stronie. Dlatego choć najlepszym rozwiązaniem było wyłączenie wszystkich mediów i zdanie się na własną intuicję, to jednak tak się nie da. Co prawda u młodych ludzi panuje dziś moda na rezygnację z posiadania odbiornika telewizyjnego, więc opcja śledzenia całodobowych kanałów informacyjnych odpada. Mimo to jeśli w naszym posiadaniu byłby telewizor, to warto by go było włączyć. Choćby jako prosty środek dający namiastkę bezpieczeństwa, że są z nami jakieś „gadające głowy” (mądre lub nie) i skoro one nadal gadają, to znaczy że sytuacja nie jest jeszcze naprawdę groźna. Problem jest jednak taki, że dwa z całodobowych kanałów informacyjnych:
– TVN 24
– Polsat News
nie są nadawane w powszechnym (bezpłatnym) dostępie za pomocą telewizji cyfrowej. Choć jeśli mielibyśmy się ograniczyć tylko do TVP Info, to też dobrze. Bowiem Telewizja Polska posiada regionalne ośrodki, które na bieżąco mogłyby nadawać program z najbardziej zagrożonego obszaru.

Gdy chodzi o radio, źródłem informacji mogłyby być ogólnopolskie rozgłośnie komercyjne (Radio ZET, RMF FM a nawet Radio Maryja) oraz publiczne programy Polskiego Radia. Warto również posiadać odbiornik radiowy odbierający fale długie, gdyż tylko Program Pierwszy Polskiego Radia ma możliwość nadawania na terenie całego kraju za pomocą jednej częstotliwości: 225 kHz. Dobrze również wiedzieć na jakiej częstotliwości nadaje lokalna rozgłośnia publicznego radia (u mnie jest to Radio Gdańsk), przez które będą podawny komunikaty Wojewódzkich Centrów Zarządzania Kryzysowego.

W przypadku Internetu – no cóż – nie ma co zaklinać czy obrażać się na rzeczywistość uważając, że media społecznościowe wprowadzają tylko informacyjny chaos. Bo wprowadzają. Jeśli jednak umiemy się nimi posługiwać i z nich korzystać, to korzystajmy. Tym bardziej, że umożliwiają one szybką publikację i wymianę informacji zwłaszcza między osobami, które są nam bliskie.

Każdą pojawiającą się w „Internetach” plotę o zagrożeniu radiacyjnym powinniśmy zweryfikować na stronach:
Państwowej Agencji Atomistyki
bezpośredni link do mapki pokazującej rozkład mocy dawki promieniowania gamma na obszarze Polski
Rządowego Centrum Bezpieczeństwa (znajdziemy tu też namiary do Wojewódzkich Centrów Zarządzania Kryzysowego)
dla przykładu fejsbukowy profil Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego Łódzkiego Urzędu Wojewódzkiego

No i oczywiście zostaje nasz serwis:
strona główna Kryzysowo.pl
fejsbukowy profil Kryzysowo.pl

Jeśli nikt z nas, to na pewno czujny czytelnik „wrzuci na Fejsa” linka, który zapoczątkuje łańcuszek informacji. Oby sprawdzonej.

Aspekt zagrożenia

Kiedy już wiemy skąd i jak czerpać informacje, to przyjrzyjmy temu co w ogóle może nam grozić. Za najbardziej realne – bo mające przecież potwierdzenie w zdarzeniach z przeszłości – możemy przyjąć zagrożenie związane emisją do atmosfery substancji promieniotwórczych pochodzących z produktów rozczepienia paliwa w elektrowni atomowej. Przyczyny takiego zdarzenia może być różne: awaria techniczna, niestosowanie procedur i niedbałość obsługi, wreszcie świadome i celowe działanie osób trzecich (atak terrorystyczny). Do tego dochodzą oczywiście skutki klęski żywiołowej, mogące naruszyć konstrukcję reaktora czy infrastrukturę chłodzącą.

Warto też mieć na uwadze fakt, że działania terrorystyczne, jak wszytko co znajduje się na styku polityki może wywołać dalsze reperkusje oraz pojawienie się innych zagrożeń. Choć może nam się to wydawać absurdalne, do gry mogą wejść tzw. rynki i na wieść zdarzeniu w jednej chwili wywindować ceny paliw czy żywności, albo zachwiać krajowym systemem bankowym. Skutkiem czego choćby zrobienie następnego dnia zakupów może urosnąć do rangi niebotycznego problemu, jeśli nie będziemy mogli wybrać pieniędzy z naszego konta. Absurd? Chyba 5 lat trwania kryzysu finansowego czy pomysły ponadnarodowych organizacji by zabierać ludziom ich własność (ratowanie systemu bankowego na Cyprze) powinny już dobrze nam pokazać, że dziś wszystko jest możliwe. Zwłaszcza jeśli pojawił by się tak drażliwy politycznie czynnik jak zdarzenie radiacyjne spowodowane aktem terroru.

Wracając zaś do możliwości zagrożeń, jakie mogę powodować elektrownie atomowe, warto się przyjrzeć gdzie najbliżej granic Polski się one znajdują:

mapa_k-poveseni_energeticke-zdroje.indd

W odległości ok. 300 kilometrów od naszych leży 10 czynnych elektrowni atomowych, posiadających 25 bloków energetycznych. Reaktor RMBK (tzw. typ czarnobylski) jest zainstalowany w litewskiej elektrowni w Ignalinie.

Jako, że skażenie radiacyjne będzie się przenosić drogą powietrzną duże znaczenie będzie mieć kierunek wiatru. Przez 60 % dni wietrznych w Polsce przeważają wiatry zachodnie. Wieją one głównie od Czech w kierunku Norwegii i Szwecji. We wschodniej części Polski wieje więcej wiatrów wschodnich, natomiast w górach z południa. Udział poszczególnych wiatrów w skali roku jest nierównomierny. Od lipca do września przeważa kierunek zachodni, natomiast zimą, zwłaszcza w grudniu i lutym, ta przewaga jest słabsza. Nad Polską wieją wówczas głównie wiatry wschodnie. Wiosną i jesienią oba kierunki uzyskują równowagę. Może to dawać większą rękojmię bezpieczeństwa, że w przypadku dojścia do zdarzenia na terenie kraju należącego do Unii Europejskiej (a z krajów wieją wiatry z kierunku zachodniego) istnieje pewność o natychmiastowym przekazaniu tej informacji do naszych służb.

Aspekt bezpieczeństwa

Poziom radiacji na terenie Polski gwałtownie się podniósł. Z rana, kiedy sobie smacznie spałem po ciężkiej i pracowitej nocy (no co – w nocy też można pracować) zerwały mnie telefony kryzysowego Ojca Ratownika (bym ruszył tyłek i ogarnął sprawę na necie), a także moich współpracowników z serwisu Trzynasty Schron, gdzie tematykę nuklearną opisuje się pod kątem jej obecności w kulturze i sztuce. Coś się więc dzieje! Wojna atomowa? Może… Zakładam kombinezony ochronne, przyczepiam dozymetr i czym prędzej udaję się do schronu Obrony Cywilnej, gdzie…

Zaraz!

Przecież już na początku napisałem, że bajki i fantastykę to sobie tutaj odpuścimy uznając, że są godniejsze dla tego gatunku miejsca. Nie oszukujmy się więc, że w prawdziwym życiu będzie jak w kultowej grze Fallout, w której świat może się palić i walić, a my to wszystko spokojnie przeżyjemy w bezpiecznej, hmm, Krypcie. Mając jednak odpowiednią ilość gotówki oraz będąc świrem survivalu i technik przetrwania możemy mieć wszystko, nawet i bunkier pod naszym domem czy na działce. Tylko czy chcemy być takimi osobami? Może i tak, ale lepiej realnie stać na ziemi i zrealizować dostępne cele oraz skorzystać z realnych możliwości.

Co możemy zrobić?

W aspekcie związanym ze zdobywaniem informacji poruszyłem rolę radia, jako źródła informacji pochodzącej z WCZK. Idealnie byłoby więc posiadać odbiornik radiowy zasilany bateriami lub mieć go w naszym telefonie komórkowym, dającym możliwość słuchania z wbudowanych głośniczków. Radia w komórkach/smartfonach umożliwiają odbiór fal ultrakrótkich, co eliminuje nam możliwość odbioru Programu Pierwszego Polskiego Radia na falach długich, dlatego warto mieć zapisane w pamięci radia lokalną rozgłośnię radia publicznego.

Jako, że dziś telefon komórkowy/smartfon stał się narzędziem naprawdę uniwersalnym i „wszystkomogącym” warto pomyśleć o zapewnieniu mu awaryjnego źródła zasilania na wypadek awarii sieci elektrycznej. A jak by mogło do niej dojść? Poważna i nagła awaria w elektrowni atomowej u naszych „unijnych” sąsiadów, mogła by doprowadzić do tzw. wysypania Europejskiego Systemu Elektroenergetycznego (UCTE). Wchodzimy tu już trochę w obszar dywagacji „co by było po”, tak samo jak w przypadku radykalnej reakcji rynków, to jednak warto mieć zabezpieczoną – także i z innych okazji – możliwość awaryjnego zasilenie naszego mobilnego sprzętu łączności.

Freeplay Freecharge 12

 

I to właściwie tyle każdy normalny człowiek (wiem, że to dziwnie brzmi) może zrobić, by zabezpieczyć się na wypadek ewentualności wystąpienia zdarzenia radiacyjnego. Przede wszystkim MIEĆ MOŻLIWOŚĆ KONTAKTU: z bliskimi, ze znajomymi i ze światem. To wszystko zapewni nam sprawny i działający telefon komórkowy/smarfton, oferując także dostęp do Internetu (i dalsze możliwości pozyskania informacji), oczywiście pod warunkiem, że będzie on działał jak i również będzie działać sama sieć.

Jeśli jednak tkwi w nas choć mała żyłka survivalowca, to warto przede wszystkim pomyśleć i zabezpieczyć takie rzeczy, które sprawdzą się nie tylko na wypadek skażenia promieniotwórczego:

  • posiadać w domowej spiżarni mały zapas stale „rotowanych” konserw, ryżu, makaronu, zupek w proszku, sucharów czy czekolady
  • uzupełnić i wyposażyć domową apteczkę w zestaw bandaży, środków do dezynfekcji oraz podstawowych lekarstw, a także pomyśleć o zakupie koca ratowniczego po jednym na każdego domownika
  • mieć co najmniej jedną działającą latarkę (warto także pomyśleć kupnie latarki czołówki) oraz komplet świec i źródło ognia (zapałki, zapalniczka, krzesiwo)
  • w miarę możliwości posiadać niewielki zapas gotówki na wypadek awarii sieci bankomatowej

Czyli to co wymieniłem powinno być posiadanym przez nas zestawem na każdą, możliwą ewentualność, nie tylko taką związaną z skażeniem radiacyjnym. Nawiązując jeszcze kwestii dostępu do informacji o zagrożeniu to mieszkańcy małych miejscowości oraz wsi, w których działają jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej należące do Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego będą w uprzywilejowanej pozycji z uwagi na zainstalowany w remizach Zintegrowany System Alarmowania i Ochrony Ludności DSP-50. Czy tak jest w dużych miastach, nad którymi pieczę sprawuje Obrona Cywilna ciężko jest mi – w oparciu o własne doświadczenie – powiedzieć. Wszystko na pewno zależeć będzie od zespołu ludzi w lokalnym Centrum Zarządzania Kryzysowego i szeregu czynników oraz uwarunkowań, w tym tych politycznych.

Wracając zaś do kwestii posiadania sprzętu, który mógłby nam pomóc w przypadku możliwości nadejścia skażenia radiacyjnego, to opcja jest jedna. Albo jesteśmy gadżeciarzami i wydajemy pieniądze na rzeczy „na wypadek końca świata”, albo nie. Posiadanie w domu dozymetru – licznika Geigera oprócz oczywistych punktów lansu wśród znajomych, da nam też praktyczną oraz przede wszystkim autonomiczną wiedzę na temat stanu skażenia powietrza. Żadna władza, jeśli nie odważy się na konfiskatę takiego sprzętu pomiarowego u ludzi nie wystawi już obywatelom kitu, że „nic się nie stanęło”. To tylko w przypadku porażek reprezentacji narodowej może się udać. Jednak kupując sobie licznik Geigera bez związku z naszą np. pracą zawodową, nabędziemy przede wszystkim używany od święta (jeśli nie rzadziej) gadżet, którego możliwości zadziałania – właśnie gdy nadejdzie TEN MOMENT – nie będziemy mogli być pewni, jeśli urządzenie nie będzie odpowiednio i co jakiś czas sprawdzane i kontrolowane. Podobnie będzie z np. maskami p-gazowymi czy powietrznym aparatem oddechowym, które można nabyć i trzymać w domu, ale jeśli ma to leżeć wyciągane z szafy raz na rok, to czy jest sens zakupu?

Na te pytanie już sami musicie sobie znaleźć odpowiedź.

1226646765_vault-boy-radiation

 

Warto zajrzeć:
Recenzja ładowarki Freeplay Freecharge 12V
Dozymetr – artykuł w serwisie Domowy Survival

Źródła – w tym ilustracji:
Marek Rauchfleisch: Współczesne środki przekazu informacji w procesie kształtowania polityki bezpieczeństwa wewnętrznego państwa. Politechnika Gdańska. 2012.
Elektrownia jądrowa w Polsce
Cyfrowa telewizja naziemna
Pogoda w Polsce