W komentarzu do tekstu o chemicznych samobójstwach nasz czytelnik Krzysztof podrzucił bardzo pouczające video. Policjant będący świadkiem wypadku samochodowego podbiegł, aby udzielić pomocy poszkodowanemu. Niestety, w emocjach popełnił trzy śmiertelne błędy:

nie ocenił sytuacji,
zignorował oznaki niebezpieczeństwa,
przecenił swoje możliwości.

YouTube Preview Image

Zarówno oznaczenia na cysternie jak i charakter zdarzenia mógł świadczyć o zdarzeniu typu Hazmat (hazardous materials and items). Przenosząc sytuację na nasz kontynent: w większości krajów europejskich obowiązuję konwencja ADR, dotyczącą przewozu substancji niebezpiecznych. Nakłada obowiązek odpowiedniego oznakowania takiego pojazdu, przy pomocy tablicy ADR oraz symbolu klasy (substancje palne, wybuchowe etc.) danej substancji lub mieszaniny. Widząc takie oznaczenia od razu powinna zapalić się nam czerwona lampka zagrożenia. Z informacji które do mnie dotarły podczas ostatniego karambolu na A4 w którym spłonęły 3 auta, ciężarówka przewoziła materiały łatwopalne. Stąd pożar, który tak szybko się rozprzestrzenił.

adre

Źródło: etrucks.pl

Kolejnym element sygnalizujący niebezpieczeństwo to wydzielający się gaz. Czasami jest on bezbarwny, dlatego trzeba też zwrócić uwagę na świszczące odgłosy oznaczające rozszczelnienia. Na nagraniu słychać, że policjant w momencie podejścia do cysterny zaczął kaszleć i krztusić się. W tym momencie powinien natychmiast się ewakuować. Zaprzyjaźniony z nami bloger – Zaszczurzony – zauważył, że wiele wonnych związków toksycznych ma bardzo niebezpieczną przypadłość. Po pierwszym wyraźnym „uderzeniu” zapachu upośledza (właściwie wyłącza) zmysł węchu. Jak wspomniał ze swojego doświadczenia:

Ciężko jest uczulić ludzi na coś takiego. Bo jest ta głupia myśl „kurwa, ale śmierdzi… no, już chyba ok”. A to już najczęściej tylko kilka sekund przed utratą przytomności.

Ostatnim błędem funkcjonariusza to próba ewakuacji poszkodowanego, mimo że nie wiedział jak go podjąć. Temat jest o tyle poważny, że bez znajomości chwytów ratowniczych możemy zrobić krzywdę nie tylko poszkodowanemu, ale również sobie. Z czasów pogotowianych pamiętam jedną z interwencji OSP. Młody, jurny, (jeszcze) zdrowy ratownik chciał podnieść nieprzytomnego poszkodowanego „z krzyża” (na wyprostowanych nogach). Skończyło się na głośnym chrupnięciu i liczba poszkodowanych wzrosła nagle dwukrotnie. Skończyło się na tym, że strażak miał o wiele poważniejsze powikłania zdrowotne niż ofiara wypadku. Warto również przypomnieć, że ewakuacja poszkodowanego to czynność bardzo wyczerpująca fizycznie i nie powinniśmy jej podejmować bez wsparcia drugiej osoby.

Podsumowując. Zanim podejmiemy działania musimy zadać sobie najważniejsze pytanie: czy jest dla nas bezpiecznie? Szczególnie, jeżeli jesteśmy pierwszymi świadkami wypadku i nie ma na miejscu wyspecjalizowanych jednostek, które mogłyby nam pomóc.

Chcesz być na bieżąco? Dopisz się do newslettera


 


Warto przeczytać:
1. Zagrożenia chemiczne wokół nas – część 1
2. Jak się bronić przed atakiem nożem?
3. Pożar w warszawskim metrze – czego zabrakło
4. 7 (anty)hejtów na Straż Miejską