Wczoraj na portalu gazeta.pl pojawił się wywiad na temat bezpieczeństwa nad wodą. Bardzo cieszy mnie fakt, że ta tematyka powoli przebija się do najpopularniejszych mediów 🙂 .

A już w czwartek tekst dla osób, które w komunikacji miejskiej wożą swoje najmniejsze pociechy.

Olga Kołakowska: W internecie krąży historia o kapitanie, który ratuje dziewczynkę tonącą tuż za plecami rodziców. Ojciec dziecka w ogóle nie zauważa niebezpieczeństwa, bo myśli, że tonący głośno wzywa pomocy. Tymczasem najczęściej tonie się bezgłośnie.

Łukasz Stępień: Zgadza się. Osoba, która się topi, ma usta na powierzchni wody przez pół sekundy, maksymalnie sekundę. Myśli tylko o tym, żeby wziąć haust powietrza, a nie wołać o pomoc. Nawet język polski jest przeciwko nam w takim momencie. Słowa „ratunku” czy „pomocy” są bardzo długie w porównaniu z angielskim „help”. Nie ma możliwości, żeby je wykrzyczeć. Często zresztą w takich przypadkach dochodzi do zachłyśnięcia, woda dostaje się do płuc, do żołądka, co jeszcze bardziej utrudnia wzywanie pomocy.

A jak się porusza tonący? Z filmów znamy taki obraz: krzyki, machanie rękami do ratownika, rozchlapywanie wody.

– Rękami tonący na pewno nie macha, bo, gdy tylko je podniesie, idzie na dno. Raczej stara się rozgarniać wodę, żeby utrzymać się na powierzchni. Często utrzymuje pozycję pionową, czasem próbuje płynąć do tyłu, ale mu to nie wychodzi, ma nieskoordynowane ruchy. Najbardziej charakterystyczne zachowanie tonącego jest takie, że bierze haust powietrza, idzie pod wodę, wynurza się, potem znowu haust i znowu pod wodę. Robi to w chaotyczny, niezgrabny sposób. Jeśli jesteśmy blisko tonącego, np. na statku, to od razu rzuca się w oczy także jego nieobecny wzrok.

Generalnie, jeżeli nie jesteśmy pewni, czy ktoś się bawi, czy naprawdę tonie, najlepiej jest krzyknąć: „czy wszystko w porządku?”. Jeśli nam nie odpowie, to sygnał, że trzeba reagować.

Czyli wygląda to zupełnie inaczej niż w „Słonecznym patrolu”. Wyobrażam sobie, że ten serial musi strasznie wkurzać prawdziwych ratowników.

– Tak. A największa krzywda, jaką „Słoneczny Patrol” zrobił ratownictwu medycznemu, to pokazywanie fałszywego obrazu resuscytacji. W telewizji to wygląda tak: wyciągamy kogoś z wody, resuscytacja trwa 30, góra 60 sekund i pacjent nagle odzyskuje przytomność, zaczyna kasłać wodą, grzecznie dziękuje ratownikom, a potem odchodzi i wszystko gra.

W rzeczywistości nie jest aż tak przyjemnie. Osoba podtopiona wymaga przyjazdu karetki z pełnym osprzętem. Resuscytacja też nie wygląda jak w filmie, a trzeba ją prowadzić aż do przybycia pogotowia, co może trwać nawet 45 minut w przypadku małych miejscowości. W dodatku resuscytacja jest wyczerpująca fizycznie. Najwygodniej jest, jeśli uczestniczą w niej przynajmniej dwie osoby – jedna prowadzi resuscytację, a druga ją zmienia po mniej więcej dwóch minutach.

 Kiedy można przerwać resuscytację?

– Gdy przyjedzie karetka. Gdy podtopionemu wrócą krążenie i oddech. Albo kiedy zupełnie opadniemy z sił. Jeszcze jedna ważna sprawa, o której zwykle się nie mówi: osoby podejmujące resuscytację często w zamieszaniu zapominają o wezwaniu pogotowia! To wydaje się absurdalne, ale to jest częsty i poważny problem.

Zwykle, wzywając karetkę, podajemy dyspozytorowi adres. A co powiedzieć, gdy np. jesteśmy na niestrzeżonym kąpielisku?

– Powiedzmy, z jakiej miejscowości szliśmy, jaką drogą, co widzimy wokół siebie. Zwróćmy uwagę na charakterystyczne elementy w okolicy, np. jakiś kościół czy ruiny. Tylko pamiętajmy, że to musi być coś rozpoznawalnego dla każdego. Przypomniała mi się historia z czasów pracy w pogotowiu. Ktoś zadzwonił po karetkę, a gdy zapytaliśmy, gdzie dokładnie jest kąpielisko, na którym doszło do wypadku, odpowiedział „obok chałupy Heńka Maliniaka”.

Jeśli to możliwe, ktoś powinien wejść na główną drogę, żeby móc sprowadzić karetkę na miejsce. To najwygodniejsze dla ratowników. Warto tutaj wspomnieć, że wzdłuż blisko 190 km plaż wybrzeża zachodniopomorskiego co 100 m WOPR zainstalował słupki bezpieczeństwa. Każdy słupek posiada indywidualny numer, który pozwala na natychmiastową lokalizację miejsca wypadku przez służby ratunkowe.

Kto topi się najczęściej?

– Wbrew pozorom nie ci, którzy nie potrafią pływać. Takie osoby zwykle boją się wchodzić do wody albo trzymają się blisko brzegu. Wiedzą, na ile mogą sobie pozwolić. Najczęściej toną ludzie, którym wydaje się, że potrafią pływać, tak zwani niedzielni pływacy. Oni chodzą popływać tylko w sezonie, często podkręcają się kroplą alkoholu, a potem np. chcą przepłynąć na drugi brzeg jeziora. I w połowie opadają z sił.

Pływanie po kilku głębszych jest rzeczywiście takie niebezpieczne czy media straszą nas na wyrost?

– Ja uważam, że o tym mówi się wręcz za mało. Od kilku lat prowadzone są wielkie akcje ostrzegające przed prowadzeniem samochodu po alkoholu. Marzy mi się podobna kampania skierowana do pływaków – „piłeś, nie pływaj”. Statystyki policyjne nie pozostawiają złudzeń. W zeszłym roku utonęło 49 osób trzeźwych i aż 165 pijanych (a w 235 przypadkach trzeźwości nie ustalono – przyp. red.).

Alkohol wyzwala w nas poczucie nieśmiertelności – wierzymy, że możemy popłynąć dalej, pozwolić sobie na więcej. A dodatkowo obniża naszą koordynację ruchową.

Jakie przykłady bezmyślności szczególnie pana szokują?

– Gdy mieszkałem w Warszawie, jeździłem SKM i przez okno widziałem osoby kąpiące się w Wiśle. To fatalny pomysł. Rzeki są najbardziej niebezpiecznym miejscem do kąpieli. Prąd rzeki może nas porwać, a poza tym stale zmienia dno – każdego dnia może być inne. Z kolei na jeziorach plagą są motorówki. Mnóstwo osób przepływa zbyt blisko brzegu, wywołując fale, które przewracają materace czy pontony.

Motorówkarze często ignorują też własne bezpieczeństwo, rezygnując z kapoków.

– W polskiej kulturze kapoki czy kaski rowerowe są synonimem obciachu. A w innych krajach uważa się, że ktoś, kto wchodzi bez kapoka na łódkę, wygląda absurdalnie.

Ale jeśli potrafimy pływać, to chyba można sobie ten kapok odpuścić?

– W żadnym razie. Jeśli nieoczekiwanie wpadniemy do wody, możemy zachłysnąć się wodą albo dostać skurczu . A wtedy nie pomoże nawet to, że świetnie pływamy. Nie ma takiej osoby, która ze skurczem w ręce czy nodze potrafiłaby normalnie pływać.

A dzieci? Jak zadbać o ich bezpieczeństwo? Rodzice często kupują koła ratunkowe, rękawki, dmuchane materace, wierząc, że to uchroni je przed utonięciem. Słusznie?

– To można porównać ze strzeżonymi osiedlami – przekładamy odpowiedzialność za nasze bezpieczeństwo na kogoś innego. Na osiedlu wierzymy, że jest pan ochroniarz, który nas ochroni, i przestajemy dbać o to, żeby zabezpieczyć mieszkanie przed włamaniem czy pożarem. A tu kupujemy dziecku naramienniki i myślimy, że już nie musimy tak bardzo się nim zajmować, bo przecież nic mu się nie stanie.

Czyli naramienniki nie są w ogóle przydatne?

– Owszem, są. Ale na pewno to nie mogą być naramienniki z taniego supermarketu, bo one mogą szybko sparcieć. Jeśli kupujemy taki sprzęt dla dziecka, to musimy pamiętać, że jakość zawsze kosztuje. Warto też pomyśleć o zakupie kolorowej czapki – nie tylko chroni malucha przed słońcem, ale pozwoli nam łatwiej wyłowić go wzrokiem z tłumu.

Ale najważniejsza i tak jest ciągła kontrola. Kilkulatek tonie szybciej niż dorosły, wystarczy mu 10 sekund. A dzieci, jak to dzieci, są ciekawe świata, robią sobie często zabawy np. w sprawdzanie głębokości. Dziecko robi krok, myśli: „o jeszcze mam grunt, przejdę jeszcze kawałeczek dalej”. Później kolejny krok: „o, mogę iść jeszcze kawałeczek”. A potem przychodzi fala i popycha dziecko nie kawałeczek, tylko kilka kawałeczków dalej, gdzie jest nagły spad. Dziecko straci równowagę, zachłyśnie się wodą…

Czy, jeśli umiemy pływać, to wystarczy, żeby wyciągnąć kogoś na brzeg?

– Pierwsza zasada ratownictwa brzmi „dobry ratownik to żywy ratownik”. Często, gdy pierwsi widzimy tonącego, chcemy wbiec do wody i go wyciągnąć. A to zwykle najgorsze, co możemy zrobić. Tonący jest spanikowany, walczy o życie. Gdy do niego dopłyniemy, może nas potraktować jako słupek, po którym będzie się wspinać, albo jak bojkę, której złapie się kurczowo. Z takiego uścisku nie da się łatwo uwolnić. Osoba, która nie jest odpowiednio wyszkolona, może z ratownika stać się poszkodowanym.

Nawet jeśli zdołamy prawidłowo złapać tonącego i zacząć go holować, możemy opaść z sił. Holowanie to naprawdę ciężka praca. Tak że najbezpieczniejsze, co możemy zrobić, to wezwać ratowników profesjonalnych – dlatego tak ważne jest, żeby kąpać się na kąpieliskach strzeżonych.

A jeśli ratowników nie ma w pobliżu?

– Wtedy najbezpieczniej jest podpłynąć rowerem wodnym, łódką, kajakiem i próbować wyciągnąć tonącego albo chociaż podać mu wiosło. Odradzam podpływanie na materacach – możemy sami wpaść do wody.

Strzeżone kąpieliska są bezpieczniejsze, ale nie jest ich wcale w Polsce tak wiele.

– Często spotykam się z takim argumentem. Ale tak naprawdę wszystko jest w naszych rękach. Gdy chcemy mieć strzeżone kąpielisko, powinniśmy wystosować pismo do urzędu gminy. Jeśli pozostanie bez odzewu, zacznijmy zbierać podpisy pod petycją. Jest naprawdę wiele sposobów, żeby skłonić urzędników do wyznaczenia strzeżonego kąpieliska.

Źródło