Po raz kolejny wraca temat wrocławskiej komunikacji miejskiej. Wspominałem już o niej w artykule „bezpieczny wózek w komunikacji miejskiej. Nie minęło wiele czasu, a doszło do kolejnego poważnego wypadku.  Tym razem na jednej z głównych wrocławskich arterii zderzyły się dwa tramwaje. Na szczęście mimo 30 poszkodowanych nie było ofiar śmiertelnych a tylko 11 osób było odwiezione do szpitala.

Jedną z osób jadących pechowym tramwajem był nasz czytelnik Krzysztof. Poniżej jego krótka relacja z perspektywy pasażera. Warto szczególnie zwrócić uwagę na zachowanie poszkodowanych po wypadku.

Nic nie sygnalizowało zderzenia – nie było żadnego gwałtownego hamowania czy nawet ostrzegawczego sygnału dźwiękowego.

Z perspektywy pasażerów wydawało się jakby zderzenie nastąpiło przy pełnej prędkości i tramwaj gwałtownie się zatrzymał na przeszkodzie. Przed wypadkiem stałem 2-3 metry od kabiny motorniczego.

W wyniku zderzenia cały ten dystans przeleciałem i w kabinę uderzyłem plecami. Paradoksalnie osoby stojące znajdowały się w nieco lepszej sytuacji: siła uderzenia posyłała ich na ziemię, wzdłuż „korytarza”. W dużo gorszym położeniu byli siedzący – większość przypłaciła gwałtowne zatrzymanie niejednokrotnie dość poważnymi obrażeniami głowy po uderzeniu w oparcia siedzeń naprzeciwko czy w barierki. Zdarzenie było na tyle niespodziewane, że dopiero po kilkunastu sekundach do ludzi zaczęło docierać co się stało.

Zdjęcie fakt.pl

Ci, którzy mogli i byli w stanie krzątali po wagonie – część rozglądała się za osobami, z którymi jechali, ale większość błąkała się ewidentnie bez celu. Kilka osób siedzących mamrotała coś o krwi, nie zauważając, że większość ludzi w otoczeniu krwawi w mniejszym lub większym stopniu, najczęściej z ran na głowie. Zdarzali się też wyraźnie ranni, ale wpatrujący się tępo przed siebie. Na kilkanaście osób w pierwszym wagonie zaledwie dwie lub trzy podjęły konkretne działania – mam tu na myśli głównie awaryjne otworzenie drzwi i wyprowadzenie tych, którzy nie radzili sobie sami. Ciężko było doszukiwać się w tym śladów pierwszej pomocy – raczej mówimy tu o pytaniu „nic panu/pani nie jest?” i ewentualnie oparcie w wyjściu. Po zaledwie kilku minutach od wypadku większość poszkodowanych była już poza wagonem, oparta o mur przy tramwaju.

Na pogotowie i straż pożarną przyszło nam czekać niewiele dłużej – z drugiej strony ulicy obserwowałem jak podjeżdżają kolejne karetki i pojazdy strażackie. Wypadek miał miejsce w miejscu na tyle „komfortowym”, że służby mogły zaparkować bezpośrednio przy miejscu zdarzenia i nie sparaliżować doszczętnie ruchu na skrzyżowaniu. Wstępnie dokonano selekcji poszkodowanych na łagodniejsze i trudniejsze przypadki, oczekujących na pomoc przykryto folią termiczną i udzielono im pomocy.

To zdarzenie po raz kolejny pokazuje, że z taką sytuacją może się spotkać każdy z nas. Jadąc do pracy, idąc do kina, wracając z zakupów. Dlatego w piątek na stronie pojawi się tekst o zachowaniu w sytuacji kiedy jesteśmy świadkiem zdarzenia masowego.

Chcesz być na bieżąco? Dopisz się do naszej subskrypcji


 

Warto przeczytać:

1.Jak poradzić sobie z paraliżującym strachem?

2.Fala podłych przekrętów na FB.

3.Co kiedy sprawca stłuczki nie ma ważnego OC?

4.Co z tą ewolucją?